Cztery kroki do tego, by oceniać bez ocen.

Nie, nie chce mi się strzępić języka znowu na ten sam temat. O szkodliwości ocen tyle razy już pisałam (choćby tu ). Jednocześnie wiem, że:

  1. Temat wciąż rozpala środowisko edukacyjne i rodzicielskie do czerwoności (wystawianie ocen, wyniki, rankingi…).
  2. Wielu z nas (w tym ja) oceniać cyfrowo musi – i co z tym zrobić…?

Warto zatem pochylić się nad tym tematem jeszcze raz i zobaczyć, jak można wybrnąć z tego ocenowego klinczu. Zobaczcie moje cztery kroki w projekcie „Uczeń bez ocen”.

 

Krok I „Żeby wydostać się z ciemniej strony mocy, muszę najpierw tam wdepnąć”

Mamy rok 2005, jestem młodą nauczycielką. Pełna zapału, pomysłów na to, jak ogarnąć szkolną rzeczywistość, wpadam w świat szkolnych relacji. I nie relacje są dla mnie oczywiście ważne; przecież w szkole chodzi o to, by nauczyć, a potem wiedzę sprawdzić. W tym celu buduję sobie fortecę z widełek, kryteriów, warunków i zasad (ze statutu i WSO). Bezpiecznie mi, spokojnie. Ta forteca to jakby kotwica dla statku – żadne burze, żadne „indywidualne sytuacje”, żadne uczniowskie prośby i błagania nie są w stanie wytrącić mnie ze stanu bezpiecznej równowagi. Siedzę sobie w mojej fortecy ocenowej, za grubymi murami z napisem „sprawiedliwość”. Uczniowie są gdzieś w dole, nie bardzo nawet z góry mogę odróżnić który jest który, ale to niepotrzebne – wystarczy przecież numer w dzienniku i niepodważalny wynik testu.

 

Krok II „Coś tu nie gra”

W fortecy jest bezpiecznie – nie trzeba wchodzić z nikim w bliższy kontakt, wszystko jest takie przewidywalne. Ale powoli zaczyna wiać chłodem i samotnością. Uświadamiam sobie, że coś tu nie gra… Zaczynam się zastanawiać, o co ma chodzić w edukacji…? Czy ma się ona sprowadzać do nauczania, sprawdzania, oceniania? Do widełek, średnich i wag…

Zaczynam sobie uświadamiać, że nastawienie na oceny oddala mnie tak naprawdę od uczniów – nie wiem, kim są, czego potrzebują, a jeśli już ich słucham, to podważam to, co chcą mi przekazać i ślepo odwołuję się do zasad, do ustaleń, do praw.

Podobnie z rodzicami – wydaje się, że oparcie na sztywnych zasadach oceniania czyści nam pole dyskusji i niweluje tematy sporne. Jest dokładnie odwrotnie – im bardziej trzymam się „litery prawa”, tym więcej konfliktów, łapania się za słówka, śledzenia, udowadniania… Takie gierki są dla mnie potwornie męczące.

Nie chcę tworzyć takiej szkoły.

Krok III „Przejście na jasną stronę mocy”

Dziś już wiem, że testoza i ocenoza to jedne z głównych schorzeń, na które cierpi polska edukacja. Choć funkcjonuję w tym systemie, choć też wystawiam oceny – bardzo świadomie i z wielką cierpliwością urządzam się po jasnej stronie mocy i przeciągam do siebie uczniów i rodziców. Jak to robię?

– po pierwsze: wysyłam w świat bardzo jasny komunikat, że oceny wyrażone cyfrą są dla mnie mało istotne; mam zestaw krótkich „ćwiczeń”, które uświadamiają uczniom, że ocena cyfrowa niewiele im mówi o ich umiejętnościach i nie sprzyja rozwojowi oraz prawdziwej nauce,

– po drugie: ocenianie kształtujące i czteroelementowa informacja zwrotna – daję ją kiedy tylko mogę, pisemnie i ustnie, daję sama i uczę uczniów, jak mogą sobie nawzajem dawać IZ. Ostatni etap to nauka robienia samooceny – uczniowie analizują własne wykonanie zadania według wcześniej podanych kryteriów i czterech elementów informacji zwrotnej,

– zamiast ocen stosuję też często określenie „not yet” („jeszcze nie”) – dla uczniów, którzy jeszcze nie opanowali materiału w wystarczającym stopniu – podaję dokładny spis zagadnień do zaliczenia i sposób, jak się poprawić;

– a gdy przychodzi moment wystawiania ocen semestralnych i rocznych – pytam przede wszystkim moich uczniów, jak sami siebie oceniają, zachęcam ich, by odwołali się do swoich oczekiwań z początku roku szkolnego (takie oczekiwania zazwyczaj spisujemy). Za każdym razem jestem zaskoczona, jak uczciwi są i jak mądrze argumentują wystawienie im danej oceny.

 

Krok IV „…i żyli długo i szczęśliwie”.

Moje „nowe życie na wielką skalę” nie jest drogą usłaną różami. Odejście od ocen albo nie przywiązywanie do nich szczególnej uwagi wymaga szczególnego zaufania – zarówno uczniów do nauczyciela, jak i rodziców do nauczyciela. Nie powiem, że jest kolorowo – czasami udaje mi się zbudować relację opartą na tym właśnie zaufaniu, ale czasem, mimo takiej relacji, uczeń lub rodzic domaga się ocen cyfrowych  albo procentowych – wtedy staram się podążać za potrzebami drugiej strony i… rozmawiać. Jestem naprawdę szczerze zainteresowana tym, co myślą i czego potrzebują uczniowie i ich rodzice. Z tego ocenowego klinczu wychodzę najczęściej obronną ręką, z poszanowaniem ważnych dla mnie wartości: szacunku, dialogu i relacji.

 

Chciałam się z Tobą podzielić moją historią – zostaw mi proszę komentarz i daj znać, że to, co piszę ma dla Ciebie sens.

Uncategorized

Comments

  • Marta ,

    Kochana, dziękuję za ten artykuł, tak jak za wieeele innych!
    Możesz napisać coś więcej na temat tych „ćwiczeń”, które uświadamiają uczniom, że ocena cyfrowa niewiele im mówi o ich umiejętnościach i nie sprzyja rozwojowi oraz prawdziwej nauce…? Np. podać jakieś przykłady? Ja staram się z uczniami o tym rozmawiać, ale to naprawdę jest trudne, bardzo mocno są nauczeni tego, że najważniejszy nie jest postęp, rozwój, nowa wiedza, świadomość tego, czego jeszcze trzeba się nauczyć… Najważniejsza jest ocena 🙁

  • Natalia Boszczyk ,

    Dziękuję za to, że komentujesz:)) Myślę, że uczniowie są wiele lat przyzwyczajani do tego, by być ocenianymi – bez oceny czują się zagubieni, niektórym wydaje się, że się nie zmotywują, a inni mają poczucie pozbawienia pewnej nagrody za pracę. To są wszystko nawyki, które początkowo trudno zmienić, ale gdy uczniowie poznają wartość informacji zwrotnej, przestają tak zabiegać o oceny. Moje sposoby: każę uczniom narysować domek i wystawiam różne oceny. Następnie pytam, czego dowiadują się z tej oceny i czy chcą się poprawić. Znów rysują i dostają prawie takie same oceny – pytam, co się stało. Zazwyczaj ktoś wpada na myśl, że nie wiedzieli w sumie za co dostali takie, a nie inne oceny i nie wiedzieli, w jaki sposób poprawić się (np. kryterium, o którym im nie powiedziałam było to, że domek miał mieć komin). W ten sposób dochodzimy do konkluzji, że to nie ocena jest najważniejsza, a kryteria sukcesu podane do zadania, a potem wskazówki, jak się poprawić.

  • Ania ,

    Świetne to ćwiczenie z domkiem.
    Fajnie że komuś się chce wychodzić z bezpiecznych cyferek, bo mnie na przykład najbardziej bolą sytuację, gdy uczeń żeby się wybielić “nagada” bzdur na mnie rodzicom I oni potem mają pretensje o te bzdury. A cała moja praca, serce, wspieranie takiego ucznia nie są dostrzegane.
    Więc nie dziwię się, że ludzie się chowają za cyfry. Z cyfrą nie podyskutujesz.

    • Natalia Boszczyk ,

      Dzięki za komentarz:)
      Ja, mimo takich sytuacji, zachęcam do wychodzenia poza cyfry. A może właśnie ze względu na takie sytuacje: chciałabym najpierw wiedzieć, dlaczego uczeń musi się wybielać przed rodzicami…po co to robi? Jakie moje działania albo działania rodziców do tego doprowadziły… Następnie byłabym ciekawa perspektywy rodzica… a przede wszystkim chciałabym się spotkać ze wszystkimi (z uczniem i rodzicami) i pogadać o tym, co nam robi “naciąganie” faktów, że to nam utrudnia wszystkim działania, że lepiej po prostu zmierzyć się z pewnymi faktami – przecież (i to podkreślam zawsze baaardzo mocno): WSZYSCY GRAMY DO JEDNEJ BRAMKI.
      Co Ty na to?

  • Zostaw komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

    Poprzedni post
    Relacje w cyberświecie – cz. 1
    Następny post
    Upokarzasz swoich uczniów?

    Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.
    Dowiedz się więcej.

    Call Now Button