Samotność w nauczycielskiej sieci.

Szkoła to tłum, to hałas i chaos. Każda godzina, to ogrom bodźców: słowa, wymagania, terminy, informacje. I ciągle ludzie: młodsi, starsi, współpracownicy, uczniowie, czasem rodzice. Aż dziw, że przed wejściem nikt nie ostrzega: „stop dla ludzi o słabszych nerwach i ograniczonych możliwościach percepcyjnych”. Dlaczego zatem, skoro tyle w szkole ludzi, jest tam zarazem tyle samotności?

 

Samotność w klasie.

Zdarza się, że się zapędzam: w programach, rozkładach, w wymaganiach, testach… Lecę z materiałem na łeb, na szyję. Lekcja za lekcją, temat za tematem. Cała jestem odhaczaniem, zaznaczaniem, podliczaniem. Wartkie tempo, nie ma czasu na zbytnie rozgadywanie się. Gdzieś tam, co jakiś czas zamajaczy na horyzoncie uczeń z jego problemem, z tym, że sobie nie radzi, że nie nadąża, że pogrąża się w stuporze za grubą szklaną ścianą… Gdzieś tam słyszę jakieś jęki poległych, jakieś „problemy klasowe”, jakieś procesy, które próbują mi tę moją rozpędzoną lokomotywę zatrzymać. Ale cisnę i nie odpuszczam – lecimy dalej na pełnym gazie, a ja stoję za sterem z rozwianym włosem. Jeńców nie biorę.

I nagle idę na koniec sali, widzę to pobojowisko i czuję się bardzo samotna. I nie ma problemu – jestem dorosła, umiem sobie poradzić z własną samotnością, ale: w imię czego, pytam?! Klasa szkolna to nie arena, to nie teatr jednego aktora, to nie rozpędzony pociąg. To miejsce, gdzie uczenie się/nauczanie przebiega dzięki relacjom, a te potrzebują czasu, kontaktu i otwarcia się na drugiego człowieka. Otwieram szeroko drzwi, chowam do torby scenariusz z ekstra-super-hiper pomysłem na lekcję, rozpromieniam się i patrząc prosto w oczy moich uczniów, pytam ich: co u was słychać? Jak się czujecie? I powoli ruszamy… Jest czas dla tego, który potrzebuje inaczej/wolniej/spokojniej; jest czas na stop-klatkę, bo słyszę o konflikcie, jest czas na refleksję nad własną nauką. I nikt nie czuje się samotny.

Samotność w pokoju nauczycielskim.

Gdy myślę o wszystkich pokojach nauczycielskich, o których usłyszałam od nauczycieli – przychodzi mi na myśl słowo „klatka”… Z jednej strony klatka jako miejsce, w którym zamyka się kogoś za karę; z drugiej strony klatka jako mała powierzchnia, do której się wpada i chce się jak najszybciej z niej wyjść; a z trzeciej – miejsce, w którym ludzie patrzą na siebie wilkiem, przesiadują godzinami, żeby plotkować, intrygować, a czasem nawet obrażać. Sama miałam to szczęście (a może nie było to tylko kwestia życiowego szczęścia, przypadku…) trafiać na pokoje nauczycielskie, gdzie życzliwi sobie ludzie potrafili rozmawiać, dzielić się radościami i smutkami; pracować wspólnie nad zadaniami. I żeby było jasne – taki obraz relacji pomiędzy nauczycielami to nie lukrowana, przesłodzona wizja: czasem dochodziło do spięć, czasem wkurzały teksty kolegi, czasem miało się dość zwyczajów koleżanki. Ale wspólnym mianownikiem było zawsze nastawienie na relację, na to, żeby w sumie było nam razem miło. Wyrażało się to w otwarciu na kontakt, w zauważaniu drugiej osoby, w codziennym bezinteresownym uśmiechu. W dopytywaniu o sprawy szkolne i pozaszkolne. To był też szacunek dla tego, że ktoś nie ma przyjemności się dzielić, „obnażać” i jest z nami, mimo, że stoi nieco z boku. Takie poczucie wspólnoty zawsze dawało mi wiele sił i pozytywnej energii. Ale oczywiście nie brało się to znikąd – to efekt wspólnego zaangażowania i nastawienia. I jest to codzienna ciężka praca.

Samotność w rodzicielskiej sieci.

Relacje z rodzicami to zawsze temat zapalny dla nauczycieli. Ale rodziców można naprawdę skutecznie unikać – chować się przed nimi, gdy przychodzą do szkoły, sprawiać wrażenie bardzo zajętych (tego akurat nie trzeba udawać), nie odpowiadać na natarczywe wiadomości. Cieszyć się z sytuacji, gdy rodzic się nie wtrąca i można spokojnie ponarzekać na ucznia z poczuciem, że przecież „nie da się” („niedasizm” – miłość ma😉). Można też „iść na starcie”, być na permanentnej kontrze do rodziców, na zebraniu usadzać ich w niskich ławeczkach, a podczas rozmowy na korytarzu nie przestawać iść żwawym krokiem w kierunku pokoju nauczycielskiego.

To wszystko z jednej strony bardzo wygodne postawy, niewiele od nas wymagają i zapewniają święty spokój, a z drugiej generatory ogromnego stresu, bo gdy tak traktujemy drugiego człowieka – czujemy się potwornie samotni i wypaleni. Czy o to chodzi w naszej pracy? Czy taka samotność nas karmi, czy tak naprawdę podcina nam skrzydła? Czy naszą rolą jest wyłącznie „wykładanie swojego przedmiotu” – w całkowitej próżni i oderwaniu?

Gdzie te czasy?

Na co te wszystkie smutne obrazki…? – zapytać można… Stawiam po prostu lustro – lustro, w którym sama się przeglądam, bo wiele z podobnych błędów popełniłam. Ale też lustro dla wszystkich zagonionych, samotnych nauczycielskich wilków. Dla tych, którzy żeglują przez szkolne korytarze i są sobie „sterem, żeglarzem, okrętem”. Dla tych, których nauczycielska „samotność w sieci” doprowadziła na skraj wypalenia. I to nie są odbiorcy z mojej głowy, tylko ludzie, których znam.

A czy można inaczej? Mam poczucie, że trzeba. Pamiętacie te czasy, gdy szkoła – jak w Dzieciach z Bullerbyn – była drugim domem? Ludzie, którzy przebywali w niej cały dzień, tworzyli prawdziwą wspólnotę. Dorośli czuli się odpowiedzialni, by uczyć, ale też wychowywać (w pozytywnym sensie), by towarzyszyć młodym ludziom, by być ich ciekawymi. W takiej szkole nikt nie gnał z zajęć na zajęcia z plikiem kserówek pod pachą; był czas na to, żeby się zatrzymać – dostrzec pojedynczego ucznia, pochylić się nad nim. W takiej szkole dużo trudniej było pozostać niezauważonym – zarówno, gdy chodziło o własne potrzeby, jak i o łamanie pewnych zasad. Było trochę jak w domu, w wielopokoleniowej rodzinie – raz babcia dała cukierka, raz dziadek skarcił, mała przytuliła, tata dopytał… Dorośli – nauczyciele i rodzice, którzy tworzyli taką szkołę mieli jasne poczucie, że grają do jednej bramki i to przekonanie przejawiało się w codziennych decyzjach i we wzajemnej życzliwości… Może warto wrócić do takiej wizji…?

Tyle mówi się o tym, że kooperacja i współpraca to jedna z najważniejszych kompetencji przyszłości, ale tylko nauczyciele, którzy świadomie rezygnują ze swej samotności, którzy wkładają wysiłek w budowanie relacji w szkole – mogą wyposażyć młodych ludzi w te kompetencje. Tylko kooperujący nauczyciele mogą uczyć kooperacji. Zacząć trzeba od zmian we własnej głowie i całą energię, którą wkładamy w szukanie dowodów na to, że „nie da się” zamienić na energię poszukiwania nowych dróg. Bo samotność w szkole to naprawdę ślepa uliczka.

 

Chcesz więcej w tym temacie?  Przeczytaj, jak się buduje relacje w warunkach ekstremalnych – tu albo ściągnij mój ebook „15 sposobów na budowanie relacji w szkole” (tu).

A może podzielisz się tym, jak wygląda Twoja samotność w nauczycielskiej sieci…?

 

Postawy i kompetencje miękkie Refleksje

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Poprzedni post
Upokarzasz swoich uczniów?
Następny post
“Jestem egoistką, mówię językiem moich potrzeb”. Krótki wywód o nauczycielskim (nie)dbaniu o siebie.

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.
Dowiedz się więcej.

Call Now Button