Szkolne życie bez spiny, czyli: co wspiera nasze relacje?

W jednej z nauczycielskich grup na facebooku zobaczyłam grafikę, na której widać było górę lodową. Na jej czubku widniało słowo „sukces”, a pod spodem hasła takie jak: „poświęcenie”, „nieprzespane noce”, „zmęczenie”, „stres”, „krytyka” i „samotność”. Jest we mnie duży sprzeciw dla takiego ujmowania pojęcia „sukcesu”. Czy naprawdę, żeby osiągnąć „sukces”, trzeba wypruć sobie żyły…? I jaki to wszystko ma związek ze szkolnymi relacjami…?

 

Nie zajeżdżam siebie

W komentarzu do tej grafiki zgodziłam się, że sukces wymaga naszego uporu i wysiłku, ale że chcę go widzieć (i widzę) w kategoriach pozytywnych, radosnych, chcę, by drogę do sukcesu kojarzyć z lekkością i szczęściem. Oczywiście – każdy z nas ma za sobą doświadczenia, że musieliśmy się wytężyć, zwiększyć obroty, coś poświęcić, żeby wejść na kolejny poziom. Ale gdy przykładamy zbyt dużą wagę do haseł „wysil się”, „zaciśnij zęby”, „wytrzymaj”, to zamieniamy nasze życie w ciągłą walkę…

Czy tylko ja mam z tym problem? Nie sądzę. Słucham opowieści nauczycieli – przekazywanych mi bezpośrednio i tych, które „czytam” między wierszami. Wyłaniają się z nich tego typu przekonania: „żeby coś osiągnąć, trzeba się wysilić”, „nie marudź, rób”, „zepnij cztery litery”, „nikt nie mówił, że będzie lekko”. Te przekonania drenują z energii, sprawiają na przykład, że zapominamy o swoich podstawowych potrzebach – nauczyciel, który nie ma czasu zjeść, pójść do toalety – to jest zupełna norma w tym zawodzie. Zajeżdżamy się i stosujemy przemoc wobec siebie na różne wyrafinowane sposoby.

Jak budować relacje w takim stanie? Z takimi przekonaniami i takim nastawieniem? Jak mówić o dobrostanie, gdy sukces kojarzymy z tym, że dobrostan trzeba odstawić na bok i cisnąć…?

 

Nie zajeżdżam innych

Budowanie relacji zaczynam zatem od siebie – uczę się odpuszczać, uczę się słuchać siebie z łagodnością, sprawdzam, czy na pewno i kiedy chcę się bardziej wysilić. I moje wysilanie się coraz częściej przestaje być „zapieraniem się”, robieniem czegoś jeszcze więcej, jeszcze bardziej wytrwale. Czasem w osiągnięciu sukcesu pomaga mi paradoksalnie zaprzestanie działania – przestaję robić to, co mi nie służy, a zaczynam to, co służy. I najczęściej okazuje się, że ta zmiana była kluczowa, by jakiś projekt/działanie „pchnąć” dalej (nie robić więcej, mocniej, tylko inaczej). Te wszystkie kroki budują bardzo silnie moją relację z samą sobą, a dopiero gdy zbuduję taką relację, mogę startować do budowania relacji z innymi.

I tu również obowiązuje mnie coraz częściej (bo wciąż się uczę) zasada „bez spiny”: nie zajeżdżam innych swoimi oczekiwaniami, nie „wymagam”, nie „kontroluję”. Wychodzę raczej z założenia, że każdy ogarnia swój kawałek życia najlepiej jak potrafi i nie ma intencji robienia mnie (czy komukolwiek) wbrew. Mam poczucie, że ludzie są OK na dzień dobry; są wystarczająco dobrzy tacy, jacy są (są „good enough”), nie muszę za wszelką cenę ich zmieniać, cisnąć, wymagać.

Jak to się wiąże ze szkołą? Moje relacje bardzo zyskały na tym, że przestałam się spinać w stosunku do innych – ja nie czuję presji bycia „jakąś”, robienia „czegoś” i nie wywieram tej presji na innych. Mam tu na myśli uczniów, ale chyba przede wszystkim innych nauczycieli, dyrekcję, pracowników szkoły i rodziców. Można by zamknąć ten akapit w haśle „akceptacja”. Tak, coraz częściej uświadamiam sobie, że budowanie relacji polega na tym, że będę akceptować ludzi takimi, jacy są, a sama będę umiała otwarcie, nieagresywnie mówić o własnych potrzebach i o tym, co dla mnie jest ważne.

 

Nie zajeżdżam ucznia

Publicznie biję się w piersi – w jednym ze swoich blogowych artykułów (TU ) zachęcałam, by kształtować w dzieciach i młodych ludziach postawę uporu i wytrwałości. Dziś poważnie zastanawiam się nad tym podejściem, bo widzę, że łatwo w nim „przegiąć”. Widzę, jak bardzo mało rozwijające jest dla uczniów, gdy myślą, że tylko to, co okupione dużym wysiłkiem jest wartościowe. Nie twierdzę, że nie warto uświadamiać dzieci, skąd biorą się sukcesy, ale chcę im raczej pokazać, że drogi dojścia do tych sukcesów są bardzo różne – czasem wymagają wysiłku, a czasem właśnie mądrego odpuszczenia.

Jak zatem buduję z uczniem relacje bez spiny? Przede wszystkim daję mu dbać o siebie. Potrzebujesz iść do toalety – idziesz, chcesz zjeść – zjedz, pij, odbierz telefon jak potrzeba. Czasem też zdarza się, że uczeń potrzebuje wyjść tak po prostu – ochłonąć, zresetować się, wyjść z ramy lekcji – nie ma dla mnie problemy, sama czasem tego potrzebuję i tę potrzebę zaspokajam podczas lekcji. Ludzie, lekcja to naprawdę nie jest spotkanie na najwyższym szczeblu – można odpuść i być podczas lekcji w zgodzie ze swoimi potrzebami. „Ale przecież muszą być jakieś zasady” – muszą? Moje doświadczenie coraz częściej podpowiada mi, że zasady lepiej zastąpić uważnością na potrzeby swoje i drugiej osoby. I na wiele szczerych rozmów o tym, kto czego potrzebuje.

Poza dbaniem o siebie – zachęcam uczniów do mylenia się i niespinania, gdy się pomylą – błędy są traktowane jako norma i jako bardzo pożądana forma nauki: bawimy się w liczenie swoich błędów, bawimy się w zachwycanie się tym, ile się uczymy dzięki błędom (pisałam o tym trochę TUTAJ). I błąd jest zawsze okazją do tego, by prosić o pomoc innych – to największa „relacyjna” siła błędu. Proszenie o pomoc nie jest oznaką słabości, nie jest oznaką „gorszości” – to dowód na dojrzałość i mądrość życiową. Takie wspierające przekonanie staram się kształtować w moich uczniach i dlatego, kiedy tylko mogę zachęcam ich do pracy w grupach, do pytania siebie naw zajem i bycia w relacjach.

Szkoła może sprawiać frajdę

System edukacji wpaja nam przekonanie, że jak się nie natrudzisz, nie namęczysz, to nie ma sukcesu. Sukcesem może być tylko to, w co włożyliśmy wiele czasu, wiele wysiłku i wiele poświęciliśmy. Z tego bierze się potem w dorosłym życiu brak radości z małych rzeczy i ciągłe poczucie, że jestem „nie OK”, „jeszcze wystarczająco się nie natrudziłam”, „jeszcze nie spełniałam swoich wygórowanych wymagań”. Moje doświadczenia pokazują, że wiele pięknych osiągnięć przyszło mi stosunkowo łatwo i lekko, bo zagrał zbieg okoliczności albo ogromną rolę odegrała pomoc innych. Czasem osiągnęłam sukces, bo w pewnym momencie umiałam odpuścić i przestałam się spinać… Opowiadam o tych doświadczeniach uczniom i nie boję się, że ich zdemotywuję… Widzę, że relacje, jakie mamy i moja autentyczność wzmacniają ich i pomagają w szkolnych zmaganiach. Widzę też, że na spokojnie zaczynają się zastanawiać nad tym, co nas prowadzi do małych i dużych sukcesów…. A szkoła? Szkoła ma być szkołą bez spiny, “relacyjnym centrum”, w którym odkrywanie świata jest frajdą, a nie wysiłkiem okupionym bólem brzucha i drżącymi dłońmi…

Postawy i kompetencje miękkie Refleksje Rodzicielski kosmos

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Poprzedni post
Korki z Relacji – odcinek 5: prosta zasada w szkolnych relacjach – najpierw dawaj, potem bierz…
Następny post
Re-Relacje – czyli jak odbudować klasowe relacje po okresie pandemii?

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.
Dowiedz się więcej.

Call Now Button